RECENZJA GRY
ECW ANARCHY RULEZ
Firma
Acclaim znana jest (była) nie od dziś między innymi z różnego rodzaju
gier sportowych, jak piłka nożna, golf czy siatkówka. Jednak Acclaim
najbardziej jest chyba znany z wrestlingów. Gry spod szyldu ECW, WCW są
właśnie ich dziełem. Na dziś przygotowałem bardzo niestrawne danie
jakim jest ECW Anarchy Rulez. Recenzja tej gry nie będzie zbyt długa, bo
i nie ma tu zbytnio, nad czym się rozpisywać.
Tytuł nie różni się
właściwie niczym od wydanego wcześniej ECW Hardcore Revolution - raz, że
jest wrestlingiem tak drętwym jak zupka z torebki, a dwa, że poza
odmienną nazwą, nowości tu na próżno szukać. System kolizji właściwie tu
nie istnieje, zawodnicy dziwnie przekręcają się, chodzą jakby mieli
hemoroidy od urodzenia. Fizyka... a właściwie jej brak, wrestlerzy
dziwnie upadają i równie dziwnie wstają, o bieganiu nawet nie wspomnę.
Repertuar ciosów jest dosyć bogaty, jednak wykonanie ich jest o wiele
trudniejsze. Ciosy przypisane są bardzo niewygodnie i z tego powodu
trudno wykonać jakiś fajny przerzut lub cios. Jak już jesteśmy przy
ciosach to warto nadmienić, że ich animacja woła o pomstę do nieba.
Trybów, o zgrozo, jest tu dosyć sporo, jednak nie umywają się do tych ze
Smackdown’a.
Sama grafika to bieda
w najlepszym wydaniu: niska rozdziałka, tekstur tyle ile kot szaro-bury
nasikał. Trudno w to uwierzyć, ale gra została wprost przeniesiona z
PSX’a, bez żadnych usprawnień (no, poza rozmyciem tekstur). Dźwięk jest
nie tyle głupi, co śmieszny, odgłosy przypominają stęki kopulujących się
kotów.
Acclaim właściwie
przerósł samego siebie, otóż gra niczym nie różni się od poprzednika.
Jest to ewidentny przykład plucia graczom w twarz, trzymajcie się od
tego tytułu z daleka, nie bierzcie nawet jeśli za darmo dają, bo możecie
zwątpić w moc DeCeka
.